Menu

Życie chłopaka z mniejszego miasta w olbrzymim mieście

Nie każdy widzi stolicę w ten sam sposób. Ja prezentuję mój własny punkt widzenia na życie w nadwiślańskiej stolicy.

Miłość i inne choroby

fioletowytymianek

Witajcie!

Za oknem ponuro, szaro i deszczowo, chłód sprytnie obchodzi wszystkie zabezpieczenia w postaci kurtek, czapek i szalików, by wcisnąć się w każdy zakątek ludzkiego ciała. Październik to także czas wahań nastroju, ludzie potrafią być wówczas w jednej chwili apatyczni, a w następnej pełni gniewu. Dlatego postanowiłem wreszcie coś napisać, a tematem mojego posta będzie miłość. Uwaga! Mogę uderzyć w nieco filozoficzne tony, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Czym jest miłość? Niektórzy uważają, że to jedynie złożona reakcja chemiczna zachodząca w organiźmie. Inni, jak na przykład autorzy Słownika Języka Polskiego PWN, twierdzą, że jest to 'głębokie uczucie do drugiej osoby, któremu zwykle towarzyszy pożądanie' bądź 'silna więź, jaka łączy ludzi sobie bliskich'. Czytałem również książkę, której akcja rozgrywała się w bliżej nieokreślonej przyszłości, społeczeństwo było typowo dystopijne, a miłość uznano w nim za chorobę, na którą szczepiono każdego osiemnastolatka (polecam trylogię Delirium autorstwa Lauren Oliver). Z kolei moja koleżanka brała udział w warsztatach, podczas których większość uczestników uznała miłość za wyrzeczenie. W takim razie po co kochać?

Moja definicja miłości jest odmienna od wyżej przedstawionych, zapewne różni się też od definicji każdego z Was. I dobrze, tak właśnie ma być. Każdy z nas kocha inaczej, stąd każdy z nas inaczej to uczucie rozumie. Według mnie miłość jest procesem. Zaczyna się od swego rodzaju błyskawicy, małego, jakby elektrycznego ukłucia, iskry, która łączy nas z drugą osobą. Nie musi to być ukłucie spowodowane fizycznym pociągiem do danego człowieka. W moim przypadku prawie nigdy atrakcyjność fizyczna nie jest punktem wyjściowym dla rozwoju miłości. Dla mnie miłość zaczyna się od fazy fascynacji inteligencją czy osobowością danego osobnika. Jeśli ktoś przyciągnie moją uwagę jednym z tych czynników, a najlepiej ich kombinacją, zaczyna się faza druga czyli zauroczenie. Charakteryzuje się tym, że z radością, ale i rosnącym niepokojem odkrywam coraz więcej rzeczy, które podobają mi się w danej osobie. Powoli opanowuje ona mój umysł, a przynajmniej jego część odpowiedzialną za uczucia. Taki człowiek jest pierwszą osobą, o której myślę rano i ostatnią, zanim zasnę. W ciągu dnia zastanawiam się, co robi, czy wszystko u niego w porządku, czy myśli o mnie, czy w ogóle darzy mnie jakimkolwiek uczuciem. W miarę rozwoju zauroczenia pojawia się poczucie niepełności, czuję się wybrakowany, dopiero obecność danej osoby sprawia, że to uczucie mija. Zaczynam wspominać i analizować szczegóły każdego spotkania, starając się dostrzeć ukryte prawdy, zawarte w słowach i gestach.

Jeśli zauroczenie zostanie odwzajemnione, pojawia się faza zakochania. W niej poza czynnikami umysłowymi i duchowymi do głosu dochodzi też fizyczność. Osoba, w której jestem zakochany, wydaje mi się najwspanialszym człowiekiem na świecie. Zaczynam uwielbiać każdy gest, każdy najdrobniejszy szczegół wyglądu tej osoby- nieco za duży nos, odstające uszy, piegi, uśmiech, linię obojczyka... Każdy element jej ciała staje się dla mnie świątynią, w której ofiarowuję całego siebie. Wiem, brzmi patetycznie, ale naprawdę tak jest. Wtedy moje myśli bez reszty są już opanowane przez taką osobę. Jednocześnie pogłębia się więź między nami, fascynacja umysłem i duszą takiej osoby, co pozwala uczuciu przerodzić się w kolejną fazę czyli miłość właściwą.

Jeżeli zauroczenie nie zostanie odwzajemnione... no cóż, to niezbyt dobrze. Myśli nadal są opanowane przez tę osobę, ale muszę robić wszystko, by zająć umysł czymś innym. Zaczynają się szare dni, pełne melancholii i wspomnień, które niestety nie dają zadowolenia czy ukojenia. Do momentu, gdy zauroczenie nie zostanie wyparte z serca i umysłu, ciężko jest skupić się na czymkolwiek. Wiem jednak, że swoje trzeba przecierpieć i na nic zdają się próby zamiatania smutku w kąt. Wiem również, że najpierw musi być źle, żeby było dobrze, zatem w miarę postępowania tej fazy pojawia się nadzieja, że to przecież nie jest ostatnie zauroczenie, a następnym razem na pewno się uda!

Wróćmy jednak do miłości właściwej. Jest to taki stan, w którym kochana osoba bywa irytująca, potrafi mnie nieźle wkurzyć, zaczynam dostrzegać oprócz oczywistych zalet również wady. Cała sztuka polega na tym, by nauczyć się je kochać lub chociaż akceptować, ale również, by tego samego oczekiwać od drugiej osoby. Miłość wcale nie ma być wyrzeczeniem, ma być kompromisem, połączeniem dwóch różnych osób w jeden sprawnie działający zespół. Pamiętajcie, że kompromis to spotkanie pośrodku mostu, a nie na jednym z brzegów rzeki. Co ciekawe, nawet mimo tych wad uczucie do danej osoby rośnie. OK, nie zmywa po sobie, słucha dziwnej muzyki, a w nocy chrapie, ale nadal ma najpiękniejsze obojczyki na świecie, podchodzi z dziecięcym entuzjazmem do różnych spraw i co najważniejsze- sprawia, że chcę stawać się coraz lepszym człowiekiem. Jednak należy uważać, by nie pomylić miłości do drugiej osoby z miłością do bycia z nią. Pierwsze z tych uczuć jest prawdziwe i wzniosłe, a drugie to jedynie wygoda ubrana w ładniejsze opakowanie.

Tak to właśnie wygląda, jeśli chodzi o mnie. Może nie mam olbrzymiego doświadczenia w tych sprawach i zapewne czas jeszcze niejednokrotnie zweryfikuje moje rozumienie miłości, ale wydaje mi się, że na chwilę obecną to całkiem odpowiednie postrzeganie tego uczucia. A jak Wy rozumiecie miłość? Jestem bardzo ciekawy, może nauczę się czegoś od Was? Piszcie w komentarzach! :)

Pozdrawiam Was serdecznie,

Wasz Tymianek

Dwa miesiące później...

fioletowytymianek

Witajcie!

Dzisiejszy post powstał równo dwa miesiące po ostatnim, pół roku po założeniu bloga i dzień przed moimi dwudziestymi piątymi urodzinami. Nie pisałem tutaj nic bardzo długo, ale w moim życiu w tym czasie wydarzyło się mnóstwo rzeczy, głównie dobrych, ale zdarzały się też niezbyt miłe. Ale zacznijmy od początku…

Jakieś dwa tygodnie po ostatnim poście adoptowałem malutką rudą kotkę. Wabi się Sansa, ma obecnie trzy i pół miesiąca i straszny z niej rozrabiaka. Nauczyłem się już chować papier toaletowy poza zasięgiem jej łapek, bo w przeciwnym wypadku jest rozrzucony po całym domu. Wybaczam jej jednak różne drobne świństewka, bo gdy wracam do domu z pracy, mała tak się łasi i mruczy, że nie da się na nią gniewać. Czasem zdarza jej się udawać etolę z lisa, owija się koło mojej szyi i patrzy na świat z góry :)

Po drugie, jestem już studentem drugiego roku! Pod koniec roku akademickiego było już ciężko, trudno było pogodzić pracę z intensywną nauką hiszpańskiego. Jednak udało się, zaliczyłem pierwszy rok z całkiem niezłym wynikiem, teraz czas na odpoczynek (wolne weekendy przez trzy miesiące, co tu robić z taką ilością wolnego czasu?! :) ) i nabranie sił przed kolejnym rokiem zmagań z językiem Cervantesa, który będzie trudniejszy niż pierwszy, ponieważ zacznie się nauka historii literatury i języka, kultury i historii Półwyspu Iberyjskiego oraz innych tym podobnych przedmiotów.

Kolejnym pozytywem jest otrzymanie nowej pracy. Od 1 sierpnia będę pracował w dziale marketingu i sprzedaży internetowej w jednej z firm w okolicach Warszawy. Nie mogę się już doczekać, bo wszystko wskazuje na to, że będzie to praca o wiele bardziej kreatywna i dynamiczna niż ta, którą wykonuję obecnie. Data rozpoczęcia nowej pracy jest dla mnie podwójnie ważna, bo będzie to pierwsza rocznica mojej przeprowadzki do Warszawy!

Jedynym ważnym negatywnym wydarzeniem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy była nagła wyprowadzka mojego współlokatora. Wyniósł się z dnia na dzień, informując mnie o tym po fakcie, gdy byłem akurat w pracy. Mocno skomplikowało mi to sytuację finansową, ale jak zwykle sobie poradzę.

Mam nadzieję, że uda mi się pisać coś dużo częściej niż do tej pory, aż trochę mi wstyd, że nie odzywałem się tak długo.

Życzę Wam miłego tygodnia, moi drodzy! Do usłyszenia niedługo :)

Trzymajcie kciuki!

fioletowytymianek

Dzień dobry wszystkim! :) 

Za oknem zimno i mokro, zupełnie nie tak, jak powinno być w połowie maja. Pogoda nie napawa optymizmem, ja jednak jestem pełen wiary w przyszłość :) 

Dlaczego? Otóż za nieco ponad godzinę mam rozmowę kwalifikacyjną! Wprawdzie nie jest to pierwsza taka rozmowa w moim życiu, ale wydaje mi się, że to może być moja wymarzona praca, a przynajmniej trampolina, dzięki której wskoczę na wymarzone stanowisko :)

 

Na razie nie powiem, co to za praca, żeby nie zapeszyć. Proszę Was jednak o trzymanie kciuków za mnie- z takimi wspaniałymi czytelnikami nie może przecież być źle! :) 

Z góry bardzo Wam dziękuję i obiecuję, że niedługo napiszę z informacją, jak mi poszło :) 

Do usłyszenia niebawem! :) 

 

 

Ból dupy cechą narodową Polaków?

fioletowytymianek

Dobry wieczór wszystkim!  :) 

O tej porze powinienem już spać, bo wstaję o 6:00. Zdarzyło się jednak coś, dzięki czemu postanowiłem napisać post tutaj. 

Zaczęło się od tego, że jeden z polskich celebrytów, którego obserwuję na Facebooku, zamieścił post odnośnie do przyznania w Konkursie Piosenki Eurowizji 12 punktów Ukrainie przez polskie jury. W poście tym ów celebryta, który karierę robi dzięki pięknej twarzy, a niestety nie dzięki jakiemuś szczególnemu talentowi, zapytał, czy polskie jury nie ma uszu, skoro Ukraina dostała od nich 12 punktów. Mając na uwadze, że ów celebryta często na swoim fanpage'u chwali się słuchaniem muzyki niezbyt wysokich lotów, a także fakt, że wystąpił w teledysku do piosenki disco polo, nie omieszkałem tego skomentować. Komentarz brzmiał 'I mówi to facet, który występuje w teledysku disco polo'. I tu się zaczęło...

Najpierw wpis skomentował mój znajomy, który Ukraińców nienawidzi i najchętniej wciąż karałby ich za UPA i rzeź na Wołyniu. Podał jednak dość logiczny argument, zatem postanowiłem się do niego odnieść, ale zanim to zrobiłem, rozpętało się istne pandemonium. Przez kilkanaście kolejnych komentarzy podawałem logiczne argumenty uzasadniające tezę, że ów celebryta nie powinien był podważać opinii jurorów i widzów z kilkunastu państw. Moje komentarze przeplatały się z pozbawionymi  jakiejkolwiek spójnej argumentacji komentarzami typu 'trochę dystansu', 'zajmij się swoim życiem, a nie miej pretensje do wszystkich wokół' czy 'nie byłeś na żadnym konkursie muzycznym i dlatego pokładasz wiarę w jury'. Sypały się też gorsze wpisy...  Ostatecznie skasowałem swój komentarz, bo poziom dyskusji spadł skandalicznie nisko.

Ludzie, co się z Wami dzieje?! Żadna z moich trzech ulubionych piosenek z tegorocznej Eurowizji nie znalazła się nawet w pierwszej dziesiątce i czy z tego powodu mam rwać szaty i twierdzić, że obywatele innych państw są głusi? Czy ból dupy stał się naszą cechą narodową? Czy w naszym narodzie całkowicie umarła zdolność czytania ze zrozumieniem?

Ja rozumiem, że o gustach się nie dyskutuje. Panu Celebrycie piękna ukraińska piosenka mogła nie przypaść do gustu, ale czy z tego powodu powinien negować opinię ekspertów i innych widzów w tej sprawie? Mi nie podobała się rosyjska propozycja, która zajęła trzecie miejsce, Australia, choć dobra, to na drugi stopień podium według mnie nie zasługiwała. Czy z tego powodu mam oskarżać o głupotę i brak gustu resztę świata?  

Drodzy Polacy, rozumiem, że może Wam się nie podobać fakt, że to właśnie dzięki jurorom nasz reprezentant zajął dopiero ósme miejsce, ale takie mówienie, że oni są be, a my cacy pokazuje, że w Polsce jeszcze długo pewne sprawy nie zmienią się na lepsze, bo duża część naszego narodu jeszcze do tego nie dorosła. Mam tylko nadzieję, że najbliższe lata będą idealną maścią na nasz polski ból dupy.

 

Kolorowych snów!

Do usłyszenia niedługo :) 

Nie mogę zasnąć, więc coś napiszę...

fioletowytymianek

Cześć wszystkim! :) 

Jest pierwsza w nocy i nie mogę zasnąć. Zapytacie dlaczego? Pewnie dlatego, że jest mi mega gorąco, a nie chcę otwierać okna, bo okoliczne owady zaczną traktować mój pokój jak Ziemię Obiecaną :) Jest też inny powod. Szczęście wypełnia mnie jak taki mały balonik, który pompuję uśmiechem, optymizmem, wiarą w swoje siły i traktowaniem każdego dnia jak małego cudu. Łaskocze mnie tak od środka ten balonik,  smyra po brzuchu i w rezultacie nie mogę spać :) 

Zapytacie,  co takiego szczególnego wydarzyło się w moim życiu, że trudno mi zasnąć ze szczęścia? Otóż nic takiego. Po prostu jest wiosna, maj trwa w najlepsze, powietrze pachnie upajająco. Wszystko wydaje się łatwe, świat stoi otworem. Poza tym jestem młodym, zdrowym człowiekiem z pomysłem na siebie, mam ludzi, których kocham. W tym stanie nawet najmniejsze rzeczy cieszą. Spacer po parku, ugotowanie czegoś pysznego, wieczorna przebieżka, uśmiech pani w sklepie czy zrobienie czegoś miłego dla bliskiej osoby - takie prozaiczne rzeczy napełniają mnie pozytywną energią, zapalają gdzieś w moim wnętrzu maleńkie światełka, które sprawiają, że przemierzam świat z uśmiechem na twarzy. Nawet ciężkawy okres w pracy jest błahostką. Gdybym się teraz jeszcze zakochał, chyba wybuchłbym jak fajerwerk z nadmiaru szczęścia! :) 

Czas już kończyć, bo chyba zaczęło robić się zbyt poetycko :)

Kolorowych snów, kochani! I bądźcie szczęśliwi, bo maj to miesiąc stworzony do pielęgnowania szczęścia! :)

Do usłyszenia niebawem! :)   

© Życie chłopaka z mniejszego miasta w olbrzymim mieście
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci